Nęcenie
Autor: Piotr Łowiński
Data dodania: 28-05-2025
Wyświetleń: 300
Na zbiornikach z bardzo dużą presją wędkarską mimo, że staram się bywać na takich jak najrzadziej zaobserwowałem, że najlepsze wyniki przynosiło mi jak i innym wędkującym stosowanie drobniejszej zanęty, w której skład przede wszystkim wchodziły pellety, konopie oraz pokruszone jak i kulki o mniejszej średnicy np. 15mm. Dodatkowo warto pomyśleć o woreczku lub kiełbasce z PVA, aby również umieścić zanętę punktowo w pobliżu samego przyponu. Przy takiej taktyce nęcenia bardzo ciężko przenęcić swoje łowisko, co często skutkuje, że ryby podczas mniejszej aktywności omijają takie miejsca. W momencie wzrostu intensywności brań, warto zwiększyć ilość podawanej zanęty, aby starać się zatrzymać żerujące ryby jak najdłużej w naszej miejscówce. Często opieszałość i brak reakcji w takich momentach może spowodować wyjedzenie pokarmu i przemieszczenie się karpi w inne miejsce. Działa to jednak w dwie strony i widząc niską aktywność ryb możemy utrzymać stały poziom i miejsce nęcenia, ale również delikatnie zmienić miejsce i zmniejszyć ilość sypanego towaru. Zdecydowanym plusem taktyki z drobną frakcją jest fakt, że jeżeli nie uda nam się trafić na żerowanie cyprinusów to nasza karma wrzucona do wody zostanie prędzej czy później skonsumowana przez białoryb i zapewne nie będzie zalegać na dnie zbiornika.
Jeziora, na których przebywam najczęściej charakteryzują się spora ilością ryb każdego gatunku. Przeważają karpie, jednak zawsze znajdują się w nich również spore ilości leszczy oraz linów, które już na starcie ograniczają mnie do zastosowania innej taktyki. Warto dodać, że presja wędkarska na tych zbiornikach nie jest bardzo duża, ale karpiarze pojawiają się na nich systematycznie. Ilość stanowisk i obszar łowienia jest jednak bardzo komfortowy i daleki od najbardziej popularnych wód karpiowych w Polsce. W takich warunkach rezygnuję przede wszystkim z drobnego pelletu oraz kukurydzy. Skupiam się na kulkach proteinowych w rozmiarze od 18mm oraz jeżeli pozwala na to regulamin sięgam do beczki po fermentowanego orzecha tygrysiego. Jeżeli łowię na spadkach, dodatkowo przepoławiam kulki aby te nie staczały się z nęconego miejsca. Jak już wspominałem we wcześniejszym artykule, taką mieszankę zalewam wodą po fermentacji i odstawiam, aby kulki miały czas się namoczyć. W tym przypadku nie ma znaczenia czy łowię na mule czy twardym dnie, mix kulek i ziaren wygląda bardzo podobnie. Zaczynając nęcenie pierwszego dnia staram się nie przesadzić z ilością i jest to zazwyczaj kilka garści na jedno miejsce, które nie obsypuje punktowo tylko trochę szerzej, aby zmusić ryby do szukania pokarmu. Następnie obserwuję jak zachowują się ryby i jaki jest ich poziom aktywności do żerowania. Wszystko układa się dobrze w momencie kiedy trafimy z miejscem oraz odpowiednim czasem, kiedy ryby chętnie schylają się po nasze smakołyki. Niestety dobrze wiemy, że nie zawsze tak to wygląda, a prawdziwe wątpliwości zaczynają się, kiedy kolejne dni nie przynoszą żadnych efektów. Jeżdżąc na tygodniowe zasiadki, będąc pewnym, że zestawy zostały położone dobrze, a miejsca przeze mnie wybrane również zdają mi się być odpowiednie, to po pierwszej dobie bez kontaktu nie ruszam zestawów do następnego dnia. Nie pływam w tym czasie pontonem oraz nie dosypuję zanęty w swoje miejscówki. Wierzę w wykonaną przeze mnie robotę i nie chcę wprowadzać niepotrzebnego zamieszania, które mogłoby przepłoszyć ryby. I powiem wam, że ta taktyka sprawdziła mi się już wiele razy, a drugiej nocy odpalały dwie a nawet trzy miejscówki. Mimo wszystko nasze hobby to duża doza cierpliwości połączona z wiarą we własne umiejętności, wiedzą oraz czasami przeczucie, że to co zrobiłem wynagrodzi mi piękną rybą.
Wody publiczne o niskiej presji wędkarzy, to w moim przypadku od zeszłego roku dwa kompletnie różne zbiorniki. Mała przydomowa glinianka, którą mam na wyciągnięcie ręki, a centralka sięga z balkonu mojego mieszkania oraz ponad 70 – hektarowy zbiornik, główny cel moich tegorocznych wyjazdów. W obu przypadkach stosuję kukurydzę, wiedząc, że od lat używają ich miejscowi wędkarze. Oczywiście zasadniczą różnicą są ilości, które wrzucam do wody. Do tego sypię również wymoczone kule z tą różnicą, że na mniejszej wodzie nie używam kalibru 25mm. Staram się przede wszystkim przyzwyczajać ryby do proteiny, aby coraz chętniej schylały się po kulki, mimo, że nie jest to pokarm, który spotykają często w swoich żerowiskach. Nie jest to długi proces, gdyż ryby szybko uczą się pobierać łatwy, wysokobiałkowy pokarm. Na większym zbiorniku kukurydza stanowi nie tylko znany im pokarm, ale przede wszystkim tani wypełniacz do dużej ilości, którą chcę wsypać. Dzieje się tak na tydzień przed planowaną zasiadką, kiedy przyjeżdżam na miejsce tylko zanęcić. Wtedy kilka kilogramów kulek oraz kukurydzy na zestaw to norma. Następnie podczas pierwszej wywózki sprawdzam kamerką w jakim stopniu zanęta została wyjedzona i decyduję ile wsypię tym razem. Kukurydza znika z dna dużo szybciej, pojawiają się liny, leszcze, karasie, a nawet spore płocie. Kiedy znikają kule, dalej nie mamy 100% pewności, że w naszym miejscu były karpie, jednak kiedy towaru brak to trzeba go dosypać, bo wiadomo, że na dnie sporo się dzieje. Oglądając filmy z podwodnych ujęć, bardzo częstym i powtarzającym się schematem jest wpływanie karpi na miejscówkę po zamieszaniu wywołanym przez białoryb, a im go więcej tym bardzo prawdopodobne jest, że będziemy musieli sypnąć sporo, aby zostało coś dla naszych miśków, które nie wiadomo, kiedy pojawią się w naszym obszarze łowienia.
Pora roku, temperatura wody – to kolejne uwarunkowania, które powinniśmy wziąć pod uwagę i starać się je połączyć z akwenem, na którym łowimy. Wczesną wiosną, przy niższej temperaturze wody, naturalnym dla nas jest, że wybierzemy drobniejszą zanętę oraz przynętę. Pokarm łatwo rozpuszczalny w wodzie jak pellet, pokruszone kulki czy drobne ziarna. Są jednak miejsca, które znam osobiście, a także z opowiadań, że nawet od początku sezonu nie przebiera się w środkach i używane są od razu spore kule w dużej ilości, które normalnie podalibyśmy dopiero w pełni sezonu. Dlatego ważna jest znajomość zbiornika i jego charakterystyka. W takim przypadku na pewno dużo łatwiej o końcowy sukces, jednak nawet to nie zawsze pomaga, a nasze wcześniejsze doświadczenia lub wyobrażenia musimy odłożyć na bok, gdyż okazują się w danym momencie nietrafione. Ryby wiosną potrafią być bardzo chimeryczne, ale kogo to obchodzi w momencie, kiedy dookoła jest tak pięknie, przyroda budzi się do życia, a my spragnieni słońca i pierwszych wyjazdów staramy się za wszelką cenę spróbować swoich sił i usiąść nawet na szybką dobę. Latem wydaje się to wszystko prostsze – woda ciepła, ryby aktywne, co w tym trudnego? Ale czy na pewno? Wiele razy zbyt ciepła woda i trwające upały stały się największą zmorą wyjazdu. Karpie nieaktywne, samemu ciężko się oddychało gdy termometry pokazywały grubo ponad 30 stopni, a w prognozie wypatrywało się jakiegoś załamania pogody, spadku temperatury i deszczu, który pobudzi ryby do ponownego żerowania. Podczas takich warunków moim zdaniem lepiej ograniczyć się do mniejszej ilości pokarmu, a nawet przejść na bardziej drobne i płynne mieszanki przypominające te do ZigRiga. Jesień z mojego doświadczenia jest najbardziej stabilną porą roku. Jeśli nie ma akurat żadnych anomalii pogodowych, a temperatura zaczyna powoli spadać, to powinien być to najlepszy bodziec dla ryb do zbierania pokarmu. Uważam, że wtedy można pozwolić sobie na naprawdę więcej i nie ograniczać, aby nasze miśki nie musiały sobie żałować. Nie bez przyczyny ryba łowiona na wiosnę, a ta sama na jesień bardzo często potrafi przybrać nawet kilka kilogramów.
Jak sami widzicie i dobrze pewnie wiecie temat nęcenia jest bardzo skomplikowany i złożony. Według mnie nie ma i nigdy nie będzie złotego środka. Dlatego powtórzę się jeszcze raz - „dostosowanie się” do wielu czynników i warunków aktualnie panujących jest swego rodzaju kluczem, ale nie gwarantem sukcesu. Samo nęcenie to również część całej układanki, bo mimo wszystko w moim odczuciu i doświadczeniu ważniejsza jest wybrana przez nas miejscówka, o czym napiszę już w kolejnym artykule.
Bacznie obserwuję media społecznościowe i widzę, jak piękne ryby łowione są tej wiosny. Mam nadzieję, że i Wy jesteście już po swoich pierwszych zdobyczach i dobrze otworzyliście sezon. Wiosna dalej trwa, pogoda zmienna, a tym samym temperatura wody jeszcze nie jest ustabilizowana. Ale kto nie jeździ i nie próbuje ten w domu nie złowi. Powodzenia w dalszej części sezonu i do usłyszenia lub zobaczenia już niedługo.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii METODY POŁOWU I NĘCENIA
W nawiązaniu do mojego poprzedniego artykułu o karpiowych smakołykach, postanowiłem maksymalnie wyczerpać temat i poruszyć aspekt nęcenia. Moim zdaniem jest to jeden z głównych i najbardziej rozbudowanych problemów mających realny wpływ na nasze wyniki podczas zasiadki. Oczywiście nie mam tu na myśli szukania i rozmyślania nad „złotą kulką”, która oczywiście nie istnieje, a o technikach i sposobach podawania zanęty w zależności od sytuacji i warunków nad wodą. W dalszej części artykułu będę opisywał tylko i wyłącznie własne doświadczenia, które mogą różnić się od waszych, ale mam nadzieję, że posłużą jako dobre wskazówki i pozwolą przyczynić się do jeszcze lepszych wyników.

Dostosowanie się – jak dla mnie wyrażenie klucz, które staram się w pełni wcielać w swoją taktykę, którą opracowuję przed każdym wyjazdem, ale również potrafię ją zmienić podczas samej zasiadki, kiedy pierwsze założenia okazują się nietrafione. Za każdym razem robiąc research odnośnie zbiornika, na który się wybieram staram się dowiedzieć jakie warunki panują w danym miejscu. Są to przede wszystkim: wielkość populacji karpi, ilość i rodzaj białorybu oraz presja wędkarska. Właśnie ten ostatni aspekt w poprzednich latach staje się dla mnie coraz bardziej istotny. Nie da się ukryć, że zbiorniki bardzo często uczęszczane przez wędkarzy stają się coraz bardziej chimeryczne, a ryby złowione wielokrotnie stają się przeważnie ostrożniejsze (pomijając szczególne przypadki, które biorą kilka razy w ciągu sezonu). Do tego dochodzą jeszcze pora roku, temperatura wody i ogólne warunki atmosferyczne, dlatego połączenie tego wszystkiego to nie lada wyzwanie.

Na zbiornikach z bardzo dużą presją wędkarską mimo, że staram się bywać na takich jak najrzadziej zaobserwowałem, że najlepsze wyniki przynosiło mi jak i innym wędkującym stosowanie drobniejszej zanęty, w której skład przede wszystkim wchodziły pellety, konopie oraz pokruszone jak i kulki o mniejszej średnicy np. 15mm. Dodatkowo warto pomyśleć o woreczku lub kiełbasce z PVA, aby również umieścić zanętę punktowo w pobliżu samego przyponu. Przy takiej taktyce nęcenia bardzo ciężko przenęcić swoje łowisko, co często skutkuje, że ryby podczas mniejszej aktywności omijają takie miejsca. W momencie wzrostu intensywności brań, warto zwiększyć ilość podawanej zanęty, aby starać się zatrzymać żerujące ryby jak najdłużej w naszej miejscówce. Często opieszałość i brak reakcji w takich momentach może spowodować wyjedzenie pokarmu i przemieszczenie się karpi w inne miejsce. Działa to jednak w dwie strony i widząc niską aktywność ryb możemy utrzymać stały poziom i miejsce nęcenia, ale również delikatnie zmienić miejsce i zmniejszyć ilość sypanego towaru. Zdecydowanym plusem taktyki z drobną frakcją jest fakt, że jeżeli nie uda nam się trafić na żerowanie cyprinusów to nasza karma wrzucona do wody zostanie prędzej czy później skonsumowana przez białoryb i zapewne nie będzie zalegać na dnie zbiornika.

Jeziora, na których przebywam najczęściej charakteryzują się spora ilością ryb każdego gatunku. Przeważają karpie, jednak zawsze znajdują się w nich również spore ilości leszczy oraz linów, które już na starcie ograniczają mnie do zastosowania innej taktyki. Warto dodać, że presja wędkarska na tych zbiornikach nie jest bardzo duża, ale karpiarze pojawiają się na nich systematycznie. Ilość stanowisk i obszar łowienia jest jednak bardzo komfortowy i daleki od najbardziej popularnych wód karpiowych w Polsce. W takich warunkach rezygnuję przede wszystkim z drobnego pelletu oraz kukurydzy. Skupiam się na kulkach proteinowych w rozmiarze od 18mm oraz jeżeli pozwala na to regulamin sięgam do beczki po fermentowanego orzecha tygrysiego. Jeżeli łowię na spadkach, dodatkowo przepoławiam kulki aby te nie staczały się z nęconego miejsca. Jak już wspominałem we wcześniejszym artykule, taką mieszankę zalewam wodą po fermentacji i odstawiam, aby kulki miały czas się namoczyć. W tym przypadku nie ma znaczenia czy łowię na mule czy twardym dnie, mix kulek i ziaren wygląda bardzo podobnie. Zaczynając nęcenie pierwszego dnia staram się nie przesadzić z ilością i jest to zazwyczaj kilka garści na jedno miejsce, które nie obsypuje punktowo tylko trochę szerzej, aby zmusić ryby do szukania pokarmu. Następnie obserwuję jak zachowują się ryby i jaki jest ich poziom aktywności do żerowania. Wszystko układa się dobrze w momencie kiedy trafimy z miejscem oraz odpowiednim czasem, kiedy ryby chętnie schylają się po nasze smakołyki. Niestety dobrze wiemy, że nie zawsze tak to wygląda, a prawdziwe wątpliwości zaczynają się, kiedy kolejne dni nie przynoszą żadnych efektów. Jeżdżąc na tygodniowe zasiadki, będąc pewnym, że zestawy zostały położone dobrze, a miejsca przeze mnie wybrane również zdają mi się być odpowiednie, to po pierwszej dobie bez kontaktu nie ruszam zestawów do następnego dnia. Nie pływam w tym czasie pontonem oraz nie dosypuję zanęty w swoje miejscówki. Wierzę w wykonaną przeze mnie robotę i nie chcę wprowadzać niepotrzebnego zamieszania, które mogłoby przepłoszyć ryby. I powiem wam, że ta taktyka sprawdziła mi się już wiele razy, a drugiej nocy odpalały dwie a nawet trzy miejscówki. Mimo wszystko nasze hobby to duża doza cierpliwości połączona z wiarą we własne umiejętności, wiedzą oraz czasami przeczucie, że to co zrobiłem wynagrodzi mi piękną rybą.

Wody publiczne o niskiej presji wędkarzy, to w moim przypadku od zeszłego roku dwa kompletnie różne zbiorniki. Mała przydomowa glinianka, którą mam na wyciągnięcie ręki, a centralka sięga z balkonu mojego mieszkania oraz ponad 70 – hektarowy zbiornik, główny cel moich tegorocznych wyjazdów. W obu przypadkach stosuję kukurydzę, wiedząc, że od lat używają ich miejscowi wędkarze. Oczywiście zasadniczą różnicą są ilości, które wrzucam do wody. Do tego sypię również wymoczone kule z tą różnicą, że na mniejszej wodzie nie używam kalibru 25mm. Staram się przede wszystkim przyzwyczajać ryby do proteiny, aby coraz chętniej schylały się po kulki, mimo, że nie jest to pokarm, który spotykają często w swoich żerowiskach. Nie jest to długi proces, gdyż ryby szybko uczą się pobierać łatwy, wysokobiałkowy pokarm. Na większym zbiorniku kukurydza stanowi nie tylko znany im pokarm, ale przede wszystkim tani wypełniacz do dużej ilości, którą chcę wsypać. Dzieje się tak na tydzień przed planowaną zasiadką, kiedy przyjeżdżam na miejsce tylko zanęcić. Wtedy kilka kilogramów kulek oraz kukurydzy na zestaw to norma. Następnie podczas pierwszej wywózki sprawdzam kamerką w jakim stopniu zanęta została wyjedzona i decyduję ile wsypię tym razem. Kukurydza znika z dna dużo szybciej, pojawiają się liny, leszcze, karasie, a nawet spore płocie. Kiedy znikają kule, dalej nie mamy 100% pewności, że w naszym miejscu były karpie, jednak kiedy towaru brak to trzeba go dosypać, bo wiadomo, że na dnie sporo się dzieje. Oglądając filmy z podwodnych ujęć, bardzo częstym i powtarzającym się schematem jest wpływanie karpi na miejscówkę po zamieszaniu wywołanym przez białoryb, a im go więcej tym bardzo prawdopodobne jest, że będziemy musieli sypnąć sporo, aby zostało coś dla naszych miśków, które nie wiadomo, kiedy pojawią się w naszym obszarze łowienia.

Pora roku, temperatura wody – to kolejne uwarunkowania, które powinniśmy wziąć pod uwagę i starać się je połączyć z akwenem, na którym łowimy. Wczesną wiosną, przy niższej temperaturze wody, naturalnym dla nas jest, że wybierzemy drobniejszą zanętę oraz przynętę. Pokarm łatwo rozpuszczalny w wodzie jak pellet, pokruszone kulki czy drobne ziarna. Są jednak miejsca, które znam osobiście, a także z opowiadań, że nawet od początku sezonu nie przebiera się w środkach i używane są od razu spore kule w dużej ilości, które normalnie podalibyśmy dopiero w pełni sezonu. Dlatego ważna jest znajomość zbiornika i jego charakterystyka. W takim przypadku na pewno dużo łatwiej o końcowy sukces, jednak nawet to nie zawsze pomaga, a nasze wcześniejsze doświadczenia lub wyobrażenia musimy odłożyć na bok, gdyż okazują się w danym momencie nietrafione. Ryby wiosną potrafią być bardzo chimeryczne, ale kogo to obchodzi w momencie, kiedy dookoła jest tak pięknie, przyroda budzi się do życia, a my spragnieni słońca i pierwszych wyjazdów staramy się za wszelką cenę spróbować swoich sił i usiąść nawet na szybką dobę. Latem wydaje się to wszystko prostsze – woda ciepła, ryby aktywne, co w tym trudnego? Ale czy na pewno? Wiele razy zbyt ciepła woda i trwające upały stały się największą zmorą wyjazdu. Karpie nieaktywne, samemu ciężko się oddychało gdy termometry pokazywały grubo ponad 30 stopni, a w prognozie wypatrywało się jakiegoś załamania pogody, spadku temperatury i deszczu, który pobudzi ryby do ponownego żerowania. Podczas takich warunków moim zdaniem lepiej ograniczyć się do mniejszej ilości pokarmu, a nawet przejść na bardziej drobne i płynne mieszanki przypominające te do ZigRiga. Jesień z mojego doświadczenia jest najbardziej stabilną porą roku. Jeśli nie ma akurat żadnych anomalii pogodowych, a temperatura zaczyna powoli spadać, to powinien być to najlepszy bodziec dla ryb do zbierania pokarmu. Uważam, że wtedy można pozwolić sobie na naprawdę więcej i nie ograniczać, aby nasze miśki nie musiały sobie żałować. Nie bez przyczyny ryba łowiona na wiosnę, a ta sama na jesień bardzo często potrafi przybrać nawet kilka kilogramów.

Jak sami widzicie i dobrze pewnie wiecie temat nęcenia jest bardzo skomplikowany i złożony. Według mnie nie ma i nigdy nie będzie złotego środka. Dlatego powtórzę się jeszcze raz - „dostosowanie się” do wielu czynników i warunków aktualnie panujących jest swego rodzaju kluczem, ale nie gwarantem sukcesu. Samo nęcenie to również część całej układanki, bo mimo wszystko w moim odczuciu i doświadczeniu ważniejsza jest wybrana przez nas miejscówka, o czym napiszę już w kolejnym artykule.
Bacznie obserwuję media społecznościowe i widzę, jak piękne ryby łowione są tej wiosny. Mam nadzieję, że i Wy jesteście już po swoich pierwszych zdobyczach i dobrze otworzyliście sezon. Wiosna dalej trwa, pogoda zmienna, a tym samym temperatura wody jeszcze nie jest ustabilizowana. Ale kto nie jeździ i nie próbuje ten w domu nie złowi. Powodzenia w dalszej części sezonu i do usłyszenia lub zobaczenia już niedługo.
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii METODY POŁOWU I NĘCENIA
