Rok na jednej wodzie...
Autor: Tomasz Słowiński
Data dodania: 12-03-2025
Wyświetleń: 360
Biwakowo nasza miejscówka również była taka jaką lubię najbardziej czyli z dala od ludzi. Aby się do niej dostać trzeba transportować się pontonem lub nosić wszystkie klamoty przez około 500 metrów przez las i krzaki. Takie miejsce zawsze daje najlepsze możliwości jeśli chodzi o komfort łowienia i szczerze zawsze łowiąc na wodach ogólnodostępnych wybieram właśnie takie miejscówki jeśli chodzi o biwakowanie.
To co znajdowało się w obrębie naszego stanowiska jeżeli chodzi o miejsca do łowienia to istny „sztos”! Zatoka z kapelonami, duże spadki głębokości do nawet kilkunastu metrów, muł, roślinność i prawdziwy „hot spot” w postaci bardzo dużej i rozległej podwodnej górki, która u szczytu miała około pięciu, a u podnóża dziewięciu metrów. To było przepiękne, wzorowe wręcz miejsce do położenia naszych zestawów!
Letnia zasiadka przebiegała w totalnie błogim klimacie… Kąpiele, smaczne jedzenie, zimne piwko oraz otaczający nas spokój i dzikość przyrody… Niestety karpie były praktycznie nieaktywne. Dopiero trzeciej doby zaczęły się brania, jednak były to małe ryby. Przez całą zasiadkę na matę trafił tylko jeden karp już „fajniejszych” rozmiarów. Mimo wszystko zasiadkę skończyliśmy w bardzo dobrych nastrojach i z planami na kolejny rok…
Miesiące mijały jak szalone, a ja przez całą zimę co chwilę oglądałem filmy i zdjęcia z drona, które nakręciłem podczas naszej letniej eskapady. Nie mogłem się doczekać momentu kiedy znowu zamieszkam nad moim jeziorem…
Końcem kwietnia nadeszła ta chwila… Wspólnie z Majorem rozbijamy obóz i zaczynamy obławiać nasze miejscówki. Obstawiamy górkę, zarówno jej szczyt, podnóże, ale także płytką zatokę, w której jeszcze nie wyrosły grążele. Do wody na pierwszy raz poleciało dosyć sporo towaru w postaci kukurydzy, pelletów, orzechów tygrysich oraz mieszanki kulek Pineaple Storm, Wild Krill oraz Krill Orange. Może Wam się wydawać, że to dużo, jednak łowiąc w naturalnych zbiornikach gdzie jest duża ilość białorybu jest to ilość naprawdę optymalna.
Podczas tej zasiadki łowimy tylko jednego malucha, woda wydaje się być martwa i ryby są totalnie nieaktywne. Po tygodniu, w czwartek ponownie spotykamy się na naszej miejscówce, rozkładanie obozowisko, wywózka i czekamy… Po raz kolejny dostajemy lanie i zjeżdżamy o blanku. Sytuacja powtarza się praktycznie przez cały maj. Oprócz złowionych kilkunastu maluchów, na matę nie trafiło nic sensownego. Większe karpie mimo, że widujemy z drona i to w dużych ilościach nie są chętne do współpracy. Milczy zarówno głęboka woda u podnóża górki jak i płytka zatoka! Nastaje czerwiec, a my jesteśmy lekko podłamani zaistniałą sytuacją… Od miesiąca tydzień w tydzień obławiamy nasze miejscówki, a one nie przynoszą zakładanych efektów! Wspólnie stwierdzamy, że za szybko zaczęliśmy. Nasze jezioro z racji, że jest naprawdę spore i ma bardzo duże głębokości budzi się do życia znacznie później… Jednak mimo delikatnego zwątpienia dalej robimy swoje. To ma być sezon jednej wody i taki będzie! Nastaje kolejny czwartek, pogoda robi się naprawdę letnia, a ja szykując się na zasiadkę mam jakieś dziwne przeczucie, że w końcu będzie inaczej…
Popołudniu spotykamy się z Majorem na naszej szteli. Zestawy trafiają do wody, na włosach kulki 4D Pineapple Storm podbite popkiem lub orzeszkiem tygrysim.
Nocka tym razem mija inaczej niż zawsze, nie ma brań maluchów, ale za to pojawiły się leszcze… Kolejna udręka! W końcu brania ustają, a my zasypiamy…
Nad ranem RX wydaje z siebie jeden pik, po czym karp „odpala” piękną rolkę. Kiedy biorę kija do ręki od razu wiem, że nie jest to mały karp… Wskakuje do pontonu i zaczynam piękny hol w zatoce pośród grążeli. Walka trwała dobrych kilkanaście minut, ale w końcu karp trafia do podbieraka. Był piękny i był bardzo duży!
Byliśmy szczęśliwi bo w końcu dorwaliśmy jedną z tych ryb, po które tu przyjeżdżamy. W niedzielę na odjazd zanęcamy nasze miejscówki. Zbijamy „pionę” i mówimy do zobaczenia w czwartek… Nie wiedząc kiedy ponownie był czwartek wieczór, a my wspólnie rozbijaliśmy nasz obóz. Wszystko zaczynało wyglądać już bardzo rutynowo. Przeprawa pontonem, szykowanie zanęty, zestawów, robiliśmy to z Majorem jak bratnie dusze dogadując się bez słów! Ten wieczór był inny niż wszystkie poprzednie, w naszych zestawach nie buszowały ani leszcze, ani małe karpie, panowała totalna cisza… Rano około godziny siódmej kiedy otworzyłem oczy, poszedłem przemyć twarz w jeziorze, spojrzałem na wodę i zapytałem sam siebie- O co kurde chodzi? Wstawiłem wodę na kawę, w międzyczasie obudził się Major. Obydwoje byliśmy wkurzeni i zastanawialiśmy się co jest nie tak… Czajnik nie zdążył się zagotować i nastąpiła rola u Majora… Po kilkunastominutowym holu w podbieraku ląduje piękny łuskacz. W trakcie wywózki zestawu Major ma kolejne branie… Po chwili na macie leży kolejny karp pełnołuski. Spoglądamy na siebie i wiemy, że szybko trzeba robić kolejne wywózki bo karpie konkretnie weszły w naszą miejscówkę. Kiedy zestawy leżą już u podnóża górki, siadamy wypić kawę jednak tego poranka nie jest nam to dane… Mamy niesamowitą sytuację i w odstępie kilku sekund następują po sobie dwa brania na raz! To jest coś niesamowitego… Normalnie jazda bez trzymanki. Jako, że mamy jeden ponton wspólnie zostajemy na brzegu i z uśmiechami na „gębie” holujemy karpie. To była kapitalna chwila, a woda po przetestowaniu naszej cierpliwości otworzyła się przed nami niesamowicie….
Po tych pięknych chwilach zrobiło się prawie południe. Wywieźliśmy nasze zestawy i w końcu mogliśmy zjeść śniadanie… Biorę łyk gorącej kawy i patrzę na wędki, jedna ze szczytówek Majora zadrgała, odstawiam kubek, patrzę dalej i widzę jak hanger delikatnie przykleja się do wędki, a żyłka w delikatny sposób zaczyna wysuwać się ze szpuli kołowrotka… Coś pięknego! Po chwili wspólnie siedzimy już w pontonie, Major holuje, a ja płynę w kierunku naszej górki… Kiedy napływamy nad rybę ta ani myśli kapitulować i zaczyna się piękna walka, która trwa naprawdę długo. Kiedy pierwszy raz Majorowi udaje się podciągnąć karpia bliżej powierzchni dostrzegam jego ogromne rozmiary. Mówię do niego- „Ale jest k…. ogromny”!!! Hol trwa jeszcze dobrych parę minut, ale ryba w końcu wykłada się na powierzchni, a ja pewnym ruchem pakuję go do podbieraka! AAAAAAAAAłłłłłłłłłłłuuuuuuuuuuuuuuuuu. Ale mamy kolosa wydzieram się na całe gardło!!! To jest totalna masakra!! Zwykle nie lubię mówić o wadze karpi, ale tutaj wspomnę bo blisko 28 kilogramów z wody publicznej to naprawdę coś niesamowitego!!
Po tych kilku godzinach ciśnienie schodzi z nas niesamowicie i wkracza totalny luz. Woda dała nam tyle, że jesteśmy w szoku. Po złowieniu największego karpia nasza miejscówka zamiera i przez kolejne dwie doby nie dzieje się totalnie nic. Po tym wyjeździe robimy sobie chwilę wolnego. Co tygodniowe wyjazdy od czwartku do niedzieli przez blisko dwa miesiące mocno nadwyrężają czas i zdrowie więc trzeba było zadbać o inne tematy. W sezonie letnim co jakiś czas pojawialiśmy się na naszej miejscówce i raz po raz na matę trafiały karpie, ale były to przeważnie te małe… W sierpniu nadszedł czas na mój urlop i tygodniową zasiadkę jednak teraz była to druga połowa miesiąca. Mimo iż temperatury były wysokie nie był to tak upalny wyjazd jak ten minionego roku.
Podczas całego tygodnia wypracowałem naprawdę sporą ilość brań jednak przeważały małe ryby. Nie pomagało zakładanie kulek w rozmiarze 24 mm, nie pomagało wydłużenie włosa, kładzenie zestawów na skraju nęconego. Zwyczajnie ta mała szarańcza była tak aktywna, że zjadała wszystko co było w wodzie…. Jednak przedostatniego poranka po pięknym holu z pontonu na otwartej wodzie „pakuję” do podbieraka znajomego łuskacza. Okazuje się, że jest to ta sama ryba, którą złowiłem wiosną, jednak mocno straciła na wadze….
Po urlopowej zasiadce przez dłuższą chwilę nie mam czasu jechać na zasiadkę, Major z kolei wykorzystuję każdą chwilę i co jakiś czas podsyła mi fotki karpi….
Powoli zaczyna się jesień. Czas, który jeśli chodzi o łowienie karpi bardzo uwielbiam. Szewczyk zaczyna też robić próby nowego smaku, który ma być dedykowany typowo na zimną wodę- Citron. To właśnie te kulki w formie kulek 4D trafiają na włos, a ,miejscówki nęcimy głównie nowymi, testowymi kulkami i orzechem tygrysim.
Od końca września, aż do początku listopada wraz Majorem pojawiamy się na naszej miejscówce praktycznie co tydzień. Z drzew spadają kolejne liście, przyroda zaczyna się zmieniać, a my kładziemy kolejne karpie na macie… Jednego z ostatnich złowionych przeze mnie karpi pakuje do podbieraka początkiem listopada… Była noc, padał deszcz, nad wodą unosiła się mgła, pogoda fatalna… Spałem w ciepłym śpiworze i kiedy usłyszałem dźwięk mojego Rx-a to wiadomo, że się cieszyłem, ale w głębi duszy mówiłem sobie- Kurde akurat teraz? Po chwili siedziałem już w pontonie i płynąłem w kierunku karpia, ten jednak ani myślał czekać, kiedy ja płynąłem on z impetem wybierał mi kolejne metry żyłki z kołowrotka. Po kilkunastu minutach holu zorientowałem się, że nie wiem gdzie jestem, panowała totalna mgła, padał deszcz i nie było widać żadnego brzegu. Włączyłem wtedy echosondę i zobaczyłem odczyt blisko 20 metrów głębokości, a to znaczyło, że byłem w zupełnie innej części jeziora… Jednak póki co najważniejsze było to żeby wpakować karpia do pobieraka! Wędka wyginała się w pałąk, a szczytówka zanurzała się w wodzie, kołowrotek mimo dokręcanie hamulca oddawał kolejne metry żyłki… Ale karpie na tych dużych głębokościach były silne, te hole były przepiękne! W końcu ryba przegrała, poddała się, a ja bezpiecznie ją podebrałem. Wracałem „na czuja” do końca nie wiedząc gdzie jest nasz obóz, zmoczony, zmarznięty, ale szczęśliwy jak nigdy wcześniej… To właśnie w trakcie tego powrotu przed oczami przeleciał mi cały mijający sezon, wszystkie piękne i ciężkie momenty, wzloty i chwile zwątpienia. To był kapitalny sezon…, który w pamięci zostanie na zawsze!
Major dziękuję za tamten rok. Wszystko zagrało tak jak zagrać powinno!
Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii KARPIOWE WYPRAWY
Opowieści o tym jeziorze słyszałem już kilka lat wcześniej, jednak zawsze coś stawało na przeszkodzie, abym stanął nad jego brzegiem… Podczas jednego ze spotkań z moim serdecznym kumplem w końcu padła konkretna decyzja. Początkiem sierpnia siadamy na kilka nocek w formie rekonesansu i celem zobaczenia jak wygląda całe jezioro oraz jego struktura dna.
Oczywiście kiedy nadchodzi czas zasiadki, nie może być inaczej… Nad Polskę wkroczył niesamowity wyż, który przyniósł niesamowity wzrost ciśnienia oraz upalne wręcz temperatury. Jednak podczas tego wyjazdu najważniejsze było rozpoznanie… Już po kilku godzinach spędzonych nad wodą wiedzieliśmy gdzie przebywają karpie(dron w lokalizacji karpi jest naprawdę pomocny)! Zatoka oddalona od naszego stanowiska o kilkaset metrów była azylem dla naprawdę ogromnej ilości ryb. Podglądanie karpi w ich naturalnym środowisku było czymś niesamowitym.


Biwakowo nasza miejscówka również była taka jaką lubię najbardziej czyli z dala od ludzi. Aby się do niej dostać trzeba transportować się pontonem lub nosić wszystkie klamoty przez około 500 metrów przez las i krzaki. Takie miejsce zawsze daje najlepsze możliwości jeśli chodzi o komfort łowienia i szczerze zawsze łowiąc na wodach ogólnodostępnych wybieram właśnie takie miejscówki jeśli chodzi o biwakowanie.

To co znajdowało się w obrębie naszego stanowiska jeżeli chodzi o miejsca do łowienia to istny „sztos”! Zatoka z kapelonami, duże spadki głębokości do nawet kilkunastu metrów, muł, roślinność i prawdziwy „hot spot” w postaci bardzo dużej i rozległej podwodnej górki, która u szczytu miała około pięciu, a u podnóża dziewięciu metrów. To było przepiękne, wzorowe wręcz miejsce do położenia naszych zestawów!


Letnia zasiadka przebiegała w totalnie błogim klimacie… Kąpiele, smaczne jedzenie, zimne piwko oraz otaczający nas spokój i dzikość przyrody… Niestety karpie były praktycznie nieaktywne. Dopiero trzeciej doby zaczęły się brania, jednak były to małe ryby. Przez całą zasiadkę na matę trafił tylko jeden karp już „fajniejszych” rozmiarów. Mimo wszystko zasiadkę skończyliśmy w bardzo dobrych nastrojach i z planami na kolejny rok…

Miesiące mijały jak szalone, a ja przez całą zimę co chwilę oglądałem filmy i zdjęcia z drona, które nakręciłem podczas naszej letniej eskapady. Nie mogłem się doczekać momentu kiedy znowu zamieszkam nad moim jeziorem…

Końcem kwietnia nadeszła ta chwila… Wspólnie z Majorem rozbijamy obóz i zaczynamy obławiać nasze miejscówki. Obstawiamy górkę, zarówno jej szczyt, podnóże, ale także płytką zatokę, w której jeszcze nie wyrosły grążele. Do wody na pierwszy raz poleciało dosyć sporo towaru w postaci kukurydzy, pelletów, orzechów tygrysich oraz mieszanki kulek Pineaple Storm, Wild Krill oraz Krill Orange. Może Wam się wydawać, że to dużo, jednak łowiąc w naturalnych zbiornikach gdzie jest duża ilość białorybu jest to ilość naprawdę optymalna.
Podczas tej zasiadki łowimy tylko jednego malucha, woda wydaje się być martwa i ryby są totalnie nieaktywne. Po tygodniu, w czwartek ponownie spotykamy się na naszej miejscówce, rozkładanie obozowisko, wywózka i czekamy… Po raz kolejny dostajemy lanie i zjeżdżamy o blanku. Sytuacja powtarza się praktycznie przez cały maj. Oprócz złowionych kilkunastu maluchów, na matę nie trafiło nic sensownego. Większe karpie mimo, że widujemy z drona i to w dużych ilościach nie są chętne do współpracy. Milczy zarówno głęboka woda u podnóża górki jak i płytka zatoka! Nastaje czerwiec, a my jesteśmy lekko podłamani zaistniałą sytuacją… Od miesiąca tydzień w tydzień obławiamy nasze miejscówki, a one nie przynoszą zakładanych efektów! Wspólnie stwierdzamy, że za szybko zaczęliśmy. Nasze jezioro z racji, że jest naprawdę spore i ma bardzo duże głębokości budzi się do życia znacznie później… Jednak mimo delikatnego zwątpienia dalej robimy swoje. To ma być sezon jednej wody i taki będzie! Nastaje kolejny czwartek, pogoda robi się naprawdę letnia, a ja szykując się na zasiadkę mam jakieś dziwne przeczucie, że w końcu będzie inaczej…
Popołudniu spotykamy się z Majorem na naszej szteli. Zestawy trafiają do wody, na włosach kulki 4D Pineapple Storm podbite popkiem lub orzeszkiem tygrysim.

Nocka tym razem mija inaczej niż zawsze, nie ma brań maluchów, ale za to pojawiły się leszcze… Kolejna udręka! W końcu brania ustają, a my zasypiamy…
Nad ranem RX wydaje z siebie jeden pik, po czym karp „odpala” piękną rolkę. Kiedy biorę kija do ręki od razu wiem, że nie jest to mały karp… Wskakuje do pontonu i zaczynam piękny hol w zatoce pośród grążeli. Walka trwała dobrych kilkanaście minut, ale w końcu karp trafia do podbieraka. Był piękny i był bardzo duży!


Byliśmy szczęśliwi bo w końcu dorwaliśmy jedną z tych ryb, po które tu przyjeżdżamy. W niedzielę na odjazd zanęcamy nasze miejscówki. Zbijamy „pionę” i mówimy do zobaczenia w czwartek… Nie wiedząc kiedy ponownie był czwartek wieczór, a my wspólnie rozbijaliśmy nasz obóz. Wszystko zaczynało wyglądać już bardzo rutynowo. Przeprawa pontonem, szykowanie zanęty, zestawów, robiliśmy to z Majorem jak bratnie dusze dogadując się bez słów! Ten wieczór był inny niż wszystkie poprzednie, w naszych zestawach nie buszowały ani leszcze, ani małe karpie, panowała totalna cisza… Rano około godziny siódmej kiedy otworzyłem oczy, poszedłem przemyć twarz w jeziorze, spojrzałem na wodę i zapytałem sam siebie- O co kurde chodzi? Wstawiłem wodę na kawę, w międzyczasie obudził się Major. Obydwoje byliśmy wkurzeni i zastanawialiśmy się co jest nie tak… Czajnik nie zdążył się zagotować i nastąpiła rola u Majora… Po kilkunastominutowym holu w podbieraku ląduje piękny łuskacz. W trakcie wywózki zestawu Major ma kolejne branie… Po chwili na macie leży kolejny karp pełnołuski. Spoglądamy na siebie i wiemy, że szybko trzeba robić kolejne wywózki bo karpie konkretnie weszły w naszą miejscówkę. Kiedy zestawy leżą już u podnóża górki, siadamy wypić kawę jednak tego poranka nie jest nam to dane… Mamy niesamowitą sytuację i w odstępie kilku sekund następują po sobie dwa brania na raz! To jest coś niesamowitego… Normalnie jazda bez trzymanki. Jako, że mamy jeden ponton wspólnie zostajemy na brzegu i z uśmiechami na „gębie” holujemy karpie. To była kapitalna chwila, a woda po przetestowaniu naszej cierpliwości otworzyła się przed nami niesamowicie….



Po tych pięknych chwilach zrobiło się prawie południe. Wywieźliśmy nasze zestawy i w końcu mogliśmy zjeść śniadanie… Biorę łyk gorącej kawy i patrzę na wędki, jedna ze szczytówek Majora zadrgała, odstawiam kubek, patrzę dalej i widzę jak hanger delikatnie przykleja się do wędki, a żyłka w delikatny sposób zaczyna wysuwać się ze szpuli kołowrotka… Coś pięknego! Po chwili wspólnie siedzimy już w pontonie, Major holuje, a ja płynę w kierunku naszej górki… Kiedy napływamy nad rybę ta ani myśli kapitulować i zaczyna się piękna walka, która trwa naprawdę długo. Kiedy pierwszy raz Majorowi udaje się podciągnąć karpia bliżej powierzchni dostrzegam jego ogromne rozmiary. Mówię do niego- „Ale jest k…. ogromny”!!! Hol trwa jeszcze dobrych parę minut, ale ryba w końcu wykłada się na powierzchni, a ja pewnym ruchem pakuję go do podbieraka! AAAAAAAAAłłłłłłłłłłłuuuuuuuuuuuuuuuuu. Ale mamy kolosa wydzieram się na całe gardło!!! To jest totalna masakra!! Zwykle nie lubię mówić o wadze karpi, ale tutaj wspomnę bo blisko 28 kilogramów z wody publicznej to naprawdę coś niesamowitego!!


Po tych kilku godzinach ciśnienie schodzi z nas niesamowicie i wkracza totalny luz. Woda dała nam tyle, że jesteśmy w szoku. Po złowieniu największego karpia nasza miejscówka zamiera i przez kolejne dwie doby nie dzieje się totalnie nic. Po tym wyjeździe robimy sobie chwilę wolnego. Co tygodniowe wyjazdy od czwartku do niedzieli przez blisko dwa miesiące mocno nadwyrężają czas i zdrowie więc trzeba było zadbać o inne tematy. W sezonie letnim co jakiś czas pojawialiśmy się na naszej miejscówce i raz po raz na matę trafiały karpie, ale były to przeważnie te małe… W sierpniu nadszedł czas na mój urlop i tygodniową zasiadkę jednak teraz była to druga połowa miesiąca. Mimo iż temperatury były wysokie nie był to tak upalny wyjazd jak ten minionego roku.
Podczas całego tygodnia wypracowałem naprawdę sporą ilość brań jednak przeważały małe ryby. Nie pomagało zakładanie kulek w rozmiarze 24 mm, nie pomagało wydłużenie włosa, kładzenie zestawów na skraju nęconego. Zwyczajnie ta mała szarańcza była tak aktywna, że zjadała wszystko co było w wodzie…. Jednak przedostatniego poranka po pięknym holu z pontonu na otwartej wodzie „pakuję” do podbieraka znajomego łuskacza. Okazuje się, że jest to ta sama ryba, którą złowiłem wiosną, jednak mocno straciła na wadze….



Po urlopowej zasiadce przez dłuższą chwilę nie mam czasu jechać na zasiadkę, Major z kolei wykorzystuję każdą chwilę i co jakiś czas podsyła mi fotki karpi….

Powoli zaczyna się jesień. Czas, który jeśli chodzi o łowienie karpi bardzo uwielbiam. Szewczyk zaczyna też robić próby nowego smaku, który ma być dedykowany typowo na zimną wodę- Citron. To właśnie te kulki w formie kulek 4D trafiają na włos, a ,miejscówki nęcimy głównie nowymi, testowymi kulkami i orzechem tygrysim.



Od końca września, aż do początku listopada wraz Majorem pojawiamy się na naszej miejscówce praktycznie co tydzień. Z drzew spadają kolejne liście, przyroda zaczyna się zmieniać, a my kładziemy kolejne karpie na macie… Jednego z ostatnich złowionych przeze mnie karpi pakuje do podbieraka początkiem listopada… Była noc, padał deszcz, nad wodą unosiła się mgła, pogoda fatalna… Spałem w ciepłym śpiworze i kiedy usłyszałem dźwięk mojego Rx-a to wiadomo, że się cieszyłem, ale w głębi duszy mówiłem sobie- Kurde akurat teraz? Po chwili siedziałem już w pontonie i płynąłem w kierunku karpia, ten jednak ani myślał czekać, kiedy ja płynąłem on z impetem wybierał mi kolejne metry żyłki z kołowrotka. Po kilkunastu minutach holu zorientowałem się, że nie wiem gdzie jestem, panowała totalna mgła, padał deszcz i nie było widać żadnego brzegu. Włączyłem wtedy echosondę i zobaczyłem odczyt blisko 20 metrów głębokości, a to znaczyło, że byłem w zupełnie innej części jeziora… Jednak póki co najważniejsze było to żeby wpakować karpia do pobieraka! Wędka wyginała się w pałąk, a szczytówka zanurzała się w wodzie, kołowrotek mimo dokręcanie hamulca oddawał kolejne metry żyłki… Ale karpie na tych dużych głębokościach były silne, te hole były przepiękne! W końcu ryba przegrała, poddała się, a ja bezpiecznie ją podebrałem. Wracałem „na czuja” do końca nie wiedząc gdzie jest nasz obóz, zmoczony, zmarznięty, ale szczęśliwy jak nigdy wcześniej… To właśnie w trakcie tego powrotu przed oczami przeleciał mi cały mijający sezon, wszystkie piękne i ciężkie momenty, wzloty i chwile zwątpienia. To był kapitalny sezon…, który w pamięci zostanie na zawsze!
Major dziękuję za tamten rok. Wszystko zagrało tak jak zagrać powinno!






Przejdź do strony głównej Wróć do kategorii KARPIOWE WYPRAWY
